Można byłoby skwitować tę książkę lekceważąco jednym określeniem – kolejna produkcja postfreudowska, gdyby nie autor znany z erudycji i wnikliwości psychologicznej. Można skwitować jeszcze gorzej – siódma woda po kompleksie Edypa, gdyby nie pewne zasadzki wprowadzone – jak mam nadzieję świadomie i podstępnie – przez autora.

Bohaterem powieści jest 19-letni chłopak, który wprawdzie nie wdaje się w romans ze swoją matką, ale ze znacznie starszą kobietą, która mogłaby mu matkować, czy też nawet z początku matkuje. I tutaj pojawia się pierwsza zasadzka, czy też podstęp autora, bo wbrew tendencji psychoanalitycznej to nie na rodzinie chłopaka i jego relacjach z rodzicami zogniskowana jest uwaga, tylko na rodzinie starszej uwiedzionej, czy też raczej uwodzicielki. Przez cały czas czytania powieści towarzyszyła mi ciekawość i chęć poznania bliżej rodziców chłopca, ich wzajemnych stosunków, ale autor tej ciekawości nie zaspokaja, jakby chciał zasłonić się obyczajowością lat sześćdziesiątych XX wieku w Anglii. Rodzina nie taka ważna w świetle liberalnego trendu społecznego… Oczywiście Barnes jest za sprytny, żeby coś takiego jawnie wysłowić, ale wpuszcza czytelnika w rozmyślania także nad sposobem prowadzenia takiej narracji. No chyba mu nie chodziło o zadanie treningowe dla szkolących się psychoanalityków w I połowie XXI wieku!? Ja w każdym razie dałem się sprowokować do naszkicowania genogramu, który także wyszedł przechylony w stronę jej – uwodzicielki skrzydła rodzinnego.

Część pierwsza książki , służąca zawiązaniu akcji jest żywa i zaciekawiająca. Przekraczanie tabu zostało wielokrotnie podkreślone, ale kara za to przekroczenie nie jest sprecyzowana. Króluje żywiołowa energia i miłość. Tutaj druga zasadzka wykoncypowana przez autora – co to jest miłość?Czy taka jest miłość? Rozważania są dla czytelnika może nawet chwilami ciężkie, długie, bolesne. Ale pytanie zasadnicze nie jest wyrażone wprost: czym różni się „miłość bez granic” od „granic bez miłości” – chodzi o tę samą miłość, czy o dwie różne? Autor zamiast zadać to pytanie i odpowiedzieć na nie w znakomitym eseju, do jakiego jest zdolny, dręczy czytelnika powieścią i cały ciężar rozważania przesuwa właśnie na czytelnika, nic od siebie w tej kwestii wprost nie mówiąc.

Druga część książki dotyczy nałogu alkoholowego, w który popada główna bohaterka, i walkom toczonym przez Paula Casey’a w jej obronie, a zarazem w obronie jego własnego konceptu miłości. Chłopak, a potem młody mężczyzna jest sympatyczny i oddany, ale cena za miłość bez granic przerasta jego możliwości. Używam własnego sformułowania, gdyż autor w sprawie „ceny”, czy też „kary” milczy jak zaklęty. Może naczytałem się wcześniej za dużo Dostojewskiego, być może wymagam za wiele, w czym utwierdza mnie część trzecia powieści. Podział na części został wprowadzony przez autora.

Część trzecia jest rozgadaną ceną i karą dla czytelnika, który chciałby coś uporządkować, dojść do jakichś wniosków, jeśli nie zrozumieć, to jakoś zdefiniować miłość i jej przejawy, osadzić w jakimś uniwersum. Jeśli skłonny byłem w trakcie lektury przypisywać Paulowi Casey’owi jakiś jego własny koncept miłości, to trzecia część powieści rozmywa to wyobrażenie, zostają wspomnienia, depresja i samotność – konceptów nie ma, proste nie jest nic, nagroda jest zarazem karą, a kara nagrodą, o jakim tu porządku można w ogóle marzyć, czy też mówić… Autor mówi dużo, ale konkluzji wprost nie wyraża żadnych.

Zwolennicy Barnesa albo już sięgnęli albo sięgną po tę książkę, innym raczej czegoś tak smutnego nie polecam, za wyjątkiem adeptów psychoanalizy i terapii rodzinnej, bo będzie to dla nich jedyna w swoim rodzaju historia (ćwiczenie treningowe) do rozpracowania w ramach podjętych studiów. A pana Barnes’a przepraszam za tę rzuconą tu kwalifikację, ale przemyślaną, do czego sam przymusił mnie skutecznie swoją techniką pisarską.