Nie wiem, czy autor książki jest przedstawicielem współczesnej teriantropii, w ogóle nie poszukiwałem jego danych biograficznych ani punktów wyjścia, gdyż od razu przystąpiłem do czytania powieści. Wciągająca, napisana żywym językiem, narracja wartka i wzbudzająca zaciekawienie.
Początkowo lokowałem ją gdzieś tam między opowiastkami dla dzieci, niedaleko bajek Ezopa, może nawet w sąsiedztwie Folwarku Zwierzęcego, pojawiał się delikatny rezonans szkolny Krasickiego, rezonowały też koty, słonie i pingwiny z innych opowieści, w których specjalnie nigdy nie gustowałem. Być może nawet bym tej książki nigdy nie przeczytał, gdyby nie to, że została mi ofiarowana w prezencie.
Tak, książka o życiu zwierząt w europejskim lesie, której głównym bohaterem jest kulawa kuna, garstka innych zwierząt innych gatunków: stary, sprytny lis, jeżozwierze, koty, pies, myszy, rysie, a na samym końcu szeregu istotności kury, traktowane już wyłącznie jako pokarm. Zwierzęta kryją się przed sobą w norach, starają się wzajemnie przechytrzyć, zjadają się nawzajem, polują na siebie, oszukują i kradną. Porozumiewają się językiem zwierzęcym, którego nie muszą się uczyć, nie umieją pisać ani czytać poza głównym bohaterem i jego nauczycielem – lisem. Pisanie sprowadza się wyłącznie do opowiadania o sobie. Każdy każdemu może przywalić łapą, boleśnie ugryźć, a nawet skręcić kark, czy też urwać głowę. Samice służą do kopulacji, a potem po poczęciu młodych rozbudza się w nich instynkt opiekuńczy, którego samce mają niewiele. Owszem istnieje przyjaźń, czasem międzygatunkowa, ale ulotna i na ogół interesowna, pojawiają się myśli o Bogu ograniczone do złorzeczenia mu w chwilach trudności i niepowodzeń albo upraszania go o konkretne cele. Zwierzęta zawczasu o śmierci nic nie wiedzą, jeśli któreś nauczy się czytać, to się dowie. W trakcie lektury ciągle przychodzące do głowy pytanie – po co on tę książkę napisał, ten Bernardo?
owoli całość przesunęła się w mojej wyobraźni od zakątka literatury niby to dziecięcej, przygodowej, chwilami optymistycznej, może nawet sowizdrzalskiej, w kierunku starych dzieł filozofii egzystencjalnej – Camus, Sartre… Po co egzystencja? Ma być tylko zabijaniem kolejnych wrogów? Uchodzeniem z życiem z kolejnych krańcowych sytuacji? Opychaniem się kurami po kolejnym okresie głodu? Od czasu do czasu dukaniem czegoś o Bogu, ale tylko przez tych umiejących czytać? Wtedy ta z początku żwawa narracja stała się przeraźliwie smutna, wprost dojmująco smutna. Czy rzeczywiście jesteśmy lepsi od tych zwierząt w lesie? Czy jako ludzie rzeczywiście umiemy czytać?
